
[EN] „How Migration Really Works: A Factful Guide to the Most Divisive Issue in Politics„
[PL] „Migracja bez mitów. Wszystko, co trzeba wiedzieć o najbardziej spornej kwestii w polityce„
Hein de Haas, 2023
Debata wokół imigracji przepełniona jest bezpodstawnymi twierdzeniami, mitami, ideologią i osobistymi przekonaniami. Znaczna ich część nie ma żadnego pokrycia w faktach albo otwarcie przeczy danym posiadanym przez naukowców.
W mediach próżno jednak szukać informacji na ten temat, czy prób ustalenia prawdy, więc nurzamy się nieustannie w oparach opinii, domysłów, cynicznych interesów i prywatnych wrażeń.
Aby spróbować temu zaradzić jakiś czas temu sięgnąłem zatem po książkę, która obiecywała rozjaśnienie sytuacji przez specjalistę zajmującego się migracją przez całą karierę zawodową (w teorii, ale i w praktyce). Spodziewałem się zaskoczeń podczas lektury, ale nie aż takiego szoku poznawczego, który dodatkowo postępował z każdym kolejnym rozdziałem!
Nie każdy jednak sięgnie po lekturę, więc zdecydowałem się na przygotowanie wpisu zestawiającego najważniejsze – moim zdaniem – treści z tej pozycji.
WSTĘP
Aktualny stan migracji.

Patrząc z perspektywy globalnej, migracja nie osiągała w ostatnich latach niezwykłych, a tym bardziej rekordowych rozmiarów. Poziom zjawiska pozostaje stabilny i niski.
Istotnej różnicy można się z kolei dopatrywać w tym, że wcześniej to biali kolonizowali dominowane przez Zachód regiony (sami stając się w ten sposób migrantami), a dziś to ludzie z dawnych kolonii przemieszczają się do imperialnego centrum, czyli do USA i Europy.
Należy podkreślić, iż przeważająca większość imigrantów dostaje się na Zachód legalnie. Nielegalna migracja i azylanci to znacznie poważniejszy czynnik w USA, gdzie stanowią oni ponad 3% populacji, niż na naszym kontynencie (0,4-0,8%). Zakres tego zjawiska utrzymuje się długookresowo na niezmiennym poziomie.

Kryzys uchodźczy to w zasadzie również fikcja tworzona przez media, gdzie na przestrzeni dekad liczby pozostają dość stałe.

Przeważająca część uchodźców (80%) migruje do pobliskich krajów, a dalej zmierzają tylko ci, którzy dysponują kontaktami i zasobami. Liczba uchodźców w UE wzrasta głównie wtedy, gdy dochodzi do konfliktów w blisko położonych regionach.
Nie ma też dowodów na wzrost fikcyjnych podań o azyl. Pozorny przyrost liczby uchodźców to przede wszystkim rezultat metodologii badań (np. UNHCR), która stawała się stopniowo coraz bardziej kompleksowa.
Przyczyny migracji.
Dynamiczny wzrost gospodarki przy niskim bezrobociu prowadzi do zwiększenia imigracji. Recesja i wysokie bezrobocie daje odwrotny efekt i stanowi najlepszy „przepis” na zatamowanie fal przybyszów. Dowodem na to jest choćby to, że imigracja podąża zwykle za trendami ekonomicznymi, ale z opóźnieniem 6 do 12 miesięcy.
Istnieją wyjątki od tych reguł, ale ograniczają się one w zasadzie do uchodźców, łączenia rodzin i studentów.
Nierówności zarobkowe same w sobie nie prowadzą do imigracji. Ludzie migrują zwykle dopiero wtedy, gdy wiedzą, że znajdą pracę. Prawdziwą przyczyną są niedobory na rynku pracy, czyli zapotrzebowanie na pracowników.
Imigranci nie są nam potrzebni?
Prace związane ze zbiorami, budowami, sprzątaniem, opieką, kosmetyką, dostawami i gotowaniem są zwykle niskopłatne i trudne do zautomatyzowania, a muszą zostać wykonane przez człowieka. Co więcej, tego rodzaju zadania wymagają często dobrego zdrowia i sporej motywacji, a dodatkowo mogą się też wiązać z nadgodzinami i niepewnością zatrudnienia.
W krajach rozwiniętych lokalni pracownicy nie są zwykle skłonni parać się tymi zajęciami, ponieważ są one postrzegane jako brudne, niebezpieczne i mało prestiżowe (jeśli nie wręcz poniżające). Zatrudniani są zatem imigranci. Z tego też powodu przyjezdni nie „kradną” pracy miejscowej ludności.
Efektem imigracji często jest z kolei spadek cen produktów i usług, gdzie zatrudniani są imigranci, a dodatkowo może też wystąpić wzrost zarobków w środkowych i wyższych decylach.
Imigracja zazwyczaj przyczynia się także do zwiększenia zysków oraz sprzyja innowacyjności, przedsiębiorczości i inwestycjom, co pobudza wzrost gospodarczy.
Nierówne rozłożenie korzyści.
Narracje celebrujące migracje pomijają pewne kwestie, na przykład nierówną dystrybucję zysków pomiędzy zamożnych i biednych w obu krajach.
Kraje docelowe z pewnością zyskują więcej (praca imigrantów napędza gospodarkę), ale badania nie wykrywają zysku dla krajów emigracyjnych, która miałaby wynikać z przesyłanych przez emigrantów pieniędzy.
Transfery finansowe z jednej strony mogłyby wzmacniać wzrost, ale z drugiej oznaczają też utratę pracownika i tak zwanego kapitału ludzkiego. Całościowy efekt jest raczej neutralny. Ponadto przekazy pieniężne trafiają przede wszystkim do krajów średnio rozwiniętych, a nie biednych, gdzie mieszkańcy nie mają zwykle wystarczających zasobów, aby w ogóle myśleć o wyjeździe.
Imigracja jest zatem najbardziej zyskowna dla już zamożnych grup w krajach docelowych. Dla nich przyjezdni stanowią dodatkowy zasób siły roboczej oraz taniej „służby” (opiekunki, sprzątający, kucharze, itp.). Bogaci nie muszą się też mierzyć z konsekwencjami imigracji (np. zmiany społeczne czy sąsiedztwo ludzi z obcych kultur), ponieważ żyją w swoich odizolowanych enklawach.
Multikulturowość.

Często mówi się, że nasze społeczeństwa są dzisiaj najbardziej multikulturalne i zróżnicowane w historii, ale to nie do końca prawda. Wraz z powstaniem państw narodowych uprzednia różnorodność regionalna, etniczna i religijna została w znacznym stopniu zatarta i ujednolicona. W wyniku tego procesu zasymilowane zostały grupy, które wcześniej naznaczano jako niemożliwe do włączenia w społeczność.
Jest wiele państw, które funkcjonują z bardzo zróżnicowanymi populacjami, ale akurat Europa jest wyjątkowo jednolita kulturowo i etnicznie, a przy tym spogląda na inne regiony z eurocentrycznej i wyższościowej perspektywy. Warto przy tym zauważyć, że nie ma istotnego związku między poziomem zaufania społecznego a różnorodnością populacji. Występuje natomiast wyraźna zależność z nierównościami (np. dochodowymi).
Multikulturalizm (zachęcanie imigrantów do zachowania własnej kultury) to nie tylko wyparcie faktu, że stajemy się państwami imigranckimi, ale i łudzenie się, iż przybysze to jedynie chwilowi goście, którzy wrócą kiedyś do swojej „prawdziwej” ojczyzny.
Myśląc w ten sposób traktujemy tych ludzi jak dzieci, które nie powinny się nazbyt przyzwyczajać do nowego miejsca zamieszkania, bo przecież nie są „u siebie”. Działania wynikające z takiego podejścia są wprost anty-asymilacyjne i przyczyniają się do przyszłych kłopotów.
[Ode mnie!] Tolerancja dla innych tradycji i stylów życia powinna mieć swoje granice, choćby wtedy, gdy wchodzi w otwarty konflikt z uniwersalistycznymi wartościami, które chcielibyśmy zapewnić wszystkim mieszkańcom, czy po prostu z miejscowym prawem.
Za przykłady mogą tu posłużyć zabójstwa honorowe, przymusowe obrzezanie kobiet czy ograniczanie ich edukacji. (Osobiście do tej samej kategorii zaliczyłbym zresztą zakaz aborcji czy edukacji seksualnej, ale to już nie imigranci, a ja jestem może dziwny…)
PROBLEMY
Integracja.
Pierwsza generacja imigrantów może mieć trudności z przyswojeniem języka, ale ich dzieci – przede wszystkim dzięki szkołom – są już właściwie tubylcami.
Różnice w długości edukacji w stosunku do populacji miejscowej są stopniowo eliminowane wraz z kolejnymi pokoleniami, a głównym czynnikiem w tej kwestii jest pierwotny poziom wykształcenia przybyszów. Nie występuje natomiast żaden związek z rasą, wyznaniem lub regionem, z którego przeprowadzili się imigranci.
Integracja zawodowa może napotykać problemy związane z uprzedzeniami i dyskryminacją. Badania wykazują, że imigranci muszą wysłać o połowę więcej podań od lokalsów, aby dostać się na rozmowę o pracę.
Najbardziej poszkodowane są osoby pochodzące z Bliskiego Wschodu* i Afryki, a dyskryminacja jest największa we Francji i Szwecji. Duże różnice w zarobkach utrzymują się szczególnie w krajach o sztywniejszych zasadach zatrudnienia (SWE, NOR, AUS, BEL, HOL, DEN, GER).
Oficjalne ideologie dotyczące integracji nie mają większego znaczenia. Liczy się przede wszystkim dostęp do edukacji, pracy i mieszkań oraz przeciwdziałanie dyskryminacji. Zakaz pracy (np. dla uchodźców), to najgorsze posunięcie z możliwych, ponieważ skutecznie alienuje nowoprzybyłych ludzi, utrudnia im włączenie się w lokalne społeczeństwo i poznanie języka.
Głównym wyjątkiem w kwestii prowadzonej polityki integracyjnej jest wytyczanie klarownej ścieżki uzyskania trwałego prawa do pobytu, a później obywatelstwa. To nie tylko daje imigrantom poczucie bezpieczeństwa, ale przede wszystkim motywuje do inwestowania w przyszłość, co bezpośrednio przekłada się na podjęcie przez nich wysiłku związanego z integracją.
Tak więc w dłuższej perspektywie integracja imigrantów jest jak najbardziej możliwa, a jeśli tylko w niej nie przeszkadzać, to nie powinna stanowić problemu.
* Określenie „Bliski Wschód” jest mocno europocentryczne i ponoć preferowane są pojęcia takie jak Azja Zachodnia czy Południowo-Zachodnia, ale idzie z tym chyba dość opornie.
Segregacja.
Problem segregacji, a więc separacji miejsc zamieszkania grup o różnym pochodzeniu etnicznym, jest najpoważniejszy w USA i występuje też w pewnym stopniu w Wielkiej Brytanii. W kontynentalnej Europie jest pod tym względem znacznie lepiej i od lat 90-tych sytuacja poprawia się jeszcze wyraźniej (choć z pewnymi wyjątkami – np. francuskie banlieue).
W Europie nigdy nie było państwowych programów nacelowanych na segregację rasową takich jak w USA. Na naszym kontynencie problematyczne miejsca są znacznie mniejsze i stanowią produkt budownictwa komunalnego z czasu po drugiej wojnie światowej.
Lokalna ludność często nie chciała zamieszkiwać w nieatrakcyjnych, odizolowanych i wysokich budynkach o niskiej jakości, więc sprowadzali się tam imigranci. Za przykład może posłużyć Szwecja, gdzie na odległych obrzeżach najpierw osadzono przyjezdnych, a potem przyszedł kryzys i bezrobocie, więc migranci zaczęli żyć częściowo z programów socjalnych.
Czyli problemem było przede wszystkim planowanie przestrzenne, gdzie błędne założenia prowadziły do separowania różnych aktywności do osobnych sektorów (praca, mieszkania, zakupy, rozrywka).
Znacznie lepiej budować na ludzką skalę, tasować zabudowę oraz promować mieszanie klas społecznych. Dobrą praktyką jest też niebudowanie mieszkań niskiej jakości i sterylnych dzielnic, gdzie nikt nie chce mieszkać.
Aktualnie największym problemem mogą być rosnące różnice dochodowe i majątkowe, ponieważ prowadzą do pogłębiania segregacji, narastania frustracji i tworzenia dzielnic biedy oraz braku perspektyw. Do tego dochodzi liberalizacja rynku nieruchomości oraz zarzucenie budownictwa komunalnego, co oczywiście doprowadziło do wzrostu atrakcyjności czerpania dochodów z czynszu.
Całą sytuację można podsumować tak, że segregacja w niedawnych grupach imigranckich nie jest wysoka i jest nieporównywalna z separacją miejsc zamieszkania białej i czarnej ludności w USA, o co zadbano tam poprzez dekady „odpowiedniej” legislacji (np. redlining).
Przestępczość.
Niektóre grupy imigrantów są rzeczywiście nadreprezentowane w statystykach przestępczości, podobnie jak młodzież z pewnych grup. Badanie tego zjawiska jest jednak kłopotliwe ze względu na czynniki zakłócające takie jak bezrobocie, dochody, edukacja, kontrola społeczna, struktura wieku, zaufanie populacyjne i miejsce zamieszkania.
Najbardziej miarodajny wydaje się pomiar ogólnej przestępczości w czasie: przed i w trakcie imigracji. Rezultaty takich badań pokazują, że przybysze mogą wręcz obniżać przestępczość, zwłaszcza tę z użyciem przemocy.
Nielegalni imigranci mają szczególnie niski odsetek przestępczości, ponieważ każde wykroczenie może dla nich oznaczać deportację.
Większe problemy zaczynają się w kolejnych pokoleniach, choćby w wyniku tak zwanej „asymilacji w dół”, gdzie dzieci niewykwalifikowanych robotników z różnych powodów (dyskryminacja, bezrobocie, segregacja) nie widzą przed sobą perspektyw, więc tworzą alternatywne kariery przestępcze.
Najważniejszymi czynnikami są tutaj: spójność społeczna, status ekonomiczny, długotrwałe bezrobocie, dysfunkcje rodzinne i słabe wykształcenie. W takim kontekście ewidentnym staje się fakt, że zapewnienie szans na awans społeczno-ekonomiczny skutkuje niższą przestępczością.
Kolejną kwestią, która przyczynia się do nadreprezentacji pewnych mniejszości w statystykach, są uprzedzenia i profilowanie rasowe. Mogą one także prowadzić do powstania sprzężenia zwrotnego, gdzie – jeśli dana grupa jest narażona na większe podejrzenia, skazanie i odsiadkę – to może też skupiać na sobie uwagę mediów, co następnie zwiększy uprzedzenia wobec niej… i w ten sposób koło się domyka.
Ksenofobia może również wpływać na sposób relacjonowania tych samych zajść. Przykładem są opisy, w których dla białego mieszkańca przyczyna przestępstwa jest poszukiwana w chorobie psychicznej, a dla mniejszości media w pierwszej kolejności sięgają po domysły w rodzaju członkostwa w gangu, religijnego fanatyzmu lub terroryzmu.
Nigdy nie należy też zapominać o tym, że policja może być zwyczajnie bardziej wyrozumiała dla ludności lokalnej i osób zamożnych. Dla nich to samo wykroczenie, które dla imigrantów oznaczałoby poważne konsekwencje, może skończyć się po prostu upomnieniem.
Zaznaczam, że to są ogólne prawidłowości, a nie ocena indywidualnych zachowań! Przyjezdni nie są żadnymi świętymi, a po prostu ludźmi takimi samymi jak miejscowi.
Kradzież miejsc pracy i obniżanie zarobków przez przybyszów.
Twierdzenia o „kradzieży” stanowisk i obniżaniu zarobków opierają się na dwóch błędnych założeniach:
1. Migranci ubiegają się o te same prace co lokalsi.
2. Zapotrzebowanie na siłę roboczą jest stałe.
Pierwsze twierdzenie było już omawiane we wcześniejszej sekcji (imigranci nie są nam potrzebni?), ale warto tu dodać, że były też podejmowane próby selektywnego dopuszczania do zatrudnienia, gdzie, aby móc sięgnąć po pracę migrantów, należało najpierw wykazać, że na lokalnym rynku nie ma rodzimych chętnych do podjęcia danej pracy. Takie eksperymenty niemal zawsze zawodziły z braku zainteresowania ze strony lokalsów.
Drugie założenie nie uwzględnia faktu, że imigranci też są konsumentami, a tym samym „poszerzają” rynek i generują nowe miejsca pracy.
Dodatkowo możemy odwołać się do badań empirycznych, które pokazują, że wpływ imigracji na zarobki miejscowych pracowników jest zaniedbywalnie mały i ogranicza się do maksymalnie 0.5%. Wykazują to nawet analizy największych „szoków imigracyjnych”, gdzie przybycie w krótkim czasie znacznej liczby ludzi nie przełożyło się na spadek płac.
Przyczyną tego, że coraz trudniej znaleźć stabilną pracę, a zarobki rosną powoli albo wcale (zwłaszcza w najniższych decylach) jest natomiast neoliberalizm i globalizacja. Winić należy zatem system polityczno-ekonomiczny, który służy przede wszystkim elitom i ignoruje los reszty społeczeństwa, a nie ludzi, którzy chcą zapewnić swoim rodzinom lepszą przyszłość.
Obciążenia dla budżetu.
Opowieści o imigrantach stanowiących obciążenie dla budżetów państw Zachodu i żerujących na pomocy społecznej również wydają się wyssane z brudnego palucha.

W zależności od podejścia metodologicznego – pomiar dla danego roku czy dla całego życia przybyszów – całościowy bilans może być lekko ujemny lub dodatni, ale pozostaje skromny.
Wkład przyjezdnych do budżetu najpierw – kiedy są młodzi i zdrowi – jest dodatni, potem – wraz z narodzinami dzieci – staje się ujemny, a gdy ich potomkowie zaczynają pracować, znów jest pozytywny. Na koniec, wraz ze starością, ponownie wkraczamy w rejon deficytowy.
Czyli zupełnie jak miejscowi, tylko bez wkładu państwa-gospodarza w wychowanie i kształcenie pierwszego pokolenia. A wbrew pozorom to właśnie edukacja jest najpoważniejszym wydatkiem, a nie wsparcie socjalne czy ochrona zdrowia.
Imigranci prawie nigdy nie przeprowadzają się z uwagi na hojniejszą pomoc społeczną w danym miejscu – zwykle liczy się po prostu lepsza praca. Teoria postulująca istnienie jakichś „pasożytów socjalnych” czy drenażu państwa opiekuńczego przez imigrantów bazuje na trzech błędnych założeniach:
1. Wielu imigrantów przeprowadza się za korzystniejszym socjalem.
2. Dostęp do świadczeń w kraju docelowym jest natychmiastowy.
3. Przeprowadzka jest bezkosztowa.
Co ciekawe, najbardziej „dochodowi” dla państwa przyjmującego mogą być imigranci nielegalni, ponieważ zdarza się, że opłacają składki lub podatki, ale praktycznie nie korzystają z pomocy społecznej, opieki zdrowotnej i edukacji ze strachu przed kłopotami. Efekt ten jest szczególnie wyraźny w krajach, gdzie kontrola zatrudnienia jest luźna (USA i południe Europy), więc nielegalnym przybyszom łatwiej znaleźć pracę.
Imigranci nie są też przyczyną wzrostu kosztów mieszkań, ale ich największymi ofiarami. Prawdziwym źródłem tego problemu jest neoliberalizm i zmniejszenie zasobów komunalnych.
PRZECIWDZIAŁANIE MIGRACJI
Ograniczanie przez rozwój na miejscu.
Okazuje się, że dość powszechne przekonanie, iż rozwój biedniejszych państw może zmniejszyć migrację, jest mitem. W rzeczywistości schemat wygląda inaczej:

Aby móc myśleć o emigracji potrzebne są środki i aspiracje. Na wcześniejszym etapie ludzie przeprowadzają się raczej do miast w ojczyźnie oraz pobliskich i kulturowo zbliżonych regionów.
Awans kraju z poziomu biedy do gospodarki rozwijającej raczej nasila emigrację, niż ją zmniejsza, ponieważ przeprowadzka do obcego państwa nie jest zwykle desperacką ucieczką przed skrajną nędzą, ale inwestycją w lepszą przyszłość. Można wręcz powiedzieć, że współcześnie migracja jest nieodłączną częścią samego procesu rozwojowego.
Ograniczanie migracji przez akcje informacyjne.
Akcje mające uświadomić potencjalnych imigrantów o ryzykach związanych z emigracją (oszustwa, poniżenia, życie w fatalnych warunkach, itp.) również nie mają sensu, ponieważ Ci ludzie nie są głupi, a życie na emigracji w Unii Europejskiej i tak będzie ich zdaniem lepsze, niż tkwienie w ojczyźnie bez perspektyw.
Co więcej, potencjalni emigranci często znają też autentyczne historie ludzi ze swojego otoczenia, które wcale nie kończyły się tak źle, jak jest to im przedstawiane.
Tego rodzaju „akcje informacyjne” są produktem naszej wypaczonej narracji opartej o rasizm i paternalizm. Zachód postrzega biedniejsze regiony jako siedliska bezradnej biedy i ignorancji. Tymczasem emigracja to przeważnie racjonalna i niepodejmowana pochopnie decyzja, której celem jest poprawa jakości życia rodziny i przyszłych pokoleń.
Ograniczenie migracji obostrzeniami na granicy.
Migranci obchodzą ograniczenia na wiele sposobów: znajdują luki prawne, alternatywne trasy, deklarują pobyt czasowy i zostają na stałe, wjeżdżają nielegalne, zawierają fikcyjne małżeństwa, migrują tuż przed zmianą przepisów, itp.
Efektywność zabiegów prewencyjnych jest zwykle niska, a dodatkowo może separować związek między liczbą migrantów z warunkami ekonomicznymi, który jest zwykle bardzo silny i w znacznym stopniu korzystny dla obu stron. Przykładem niezamierzonych konsekwencji obostrzeń może być to, że migranci mogą nie wracać do ojczyzny, gdy w nowym kraju jest kiepsko z zatrudnieniem.
Tak więc utrudnianie migracji i uszczelnianie granic słabo sprawdza się jako mechanizm zmniejszający imigrację, a w niektórych przypadkach może nawet ją zwiększać.
POLITYKA
[Ode mnie!] Wprowadzenie.
Kiedyś za ograniczeniem imigracji opowiadała się lewica i związki zawodowe, które obawiały się, że imigranci będą wykorzystywani do dyscyplinowania pracowników. Oczywiście nie w znaczeniu dosłownym, ale w ramach konfliktu klasowego: łamania strajków, ograniczania zarobków i przejmowania miejsc pracy.
Teraz to prawica przejęła ten temat, ponieważ imigranci są dla niej wręcz idealnym obiektem do manipulowania wyborcami. Dzięki tworzeniu z przybyszów wroga, prawa strona może jednocześnie stawiać się w swojej ulubionej pozycji ofiary, podlizywać się sfrustrowanym masom oraz odwracać uwagę od niewygodnych dla niej kwestii.
To dla nich polityczny samograj, który nawet przy relatywnie niewielkim wysiłku może osiągać takie nasycenie emocjonalne i potencjał mobilizacyjny, że jest w stanie zastąpić faktyczne propozycje programowe. Wtedy problemem dla prawicy może się okazać raczej ograniczenie przemocy i pączkowanie coraz radykalniejszych ugrupowań ksenofobicznych i nacjonalistycznych.
Temat cynicznego posługiwania się przez polityków figurą migranta można by obszernie rozwijać, ale tutaj zaburzałoby to ideę przedstawiania treści omawianej książki i pewnie nadwyrężało cierpliwość czytelników.
„Obrona” granic przed imigracją.
W przeciwieństwie do tego, co często deklarują politycy, polityka migracyjna i graniczna w krajach zachodnich była niemal nieustannie liberalizowana od czasu drugiej wojny światowej:

W pierwszej połowie XX wieku było inaczej – kraje raczej zaostrzały restrykcje. Późniejsza tendencja do stopniowego ułatwiania wjazdów była szczególnie wyraźna w latach 45-89. Trend ten nieco osłabł – ale nie został odwrócony! – w latach 1990-2015, choćby ze względu wprowadzenie na lotniskach kontroli paszportowej przed wylotem.

Od lat 90-tych restrykcje skupiały się na nielegalnych przekroczeniach granic, niemniej równocześnie ułatwiano legalny wstęp dla pracowników. Państwa wydawały więcej wiz, uproszczono transfery wewnątrz-korporacyjne, wprowadzono kwoty imigracyjne dla firm i prywatnych agencji oraz ułatwiono wymiany studenckie i studia za granicą.
Imigracja często osiągała też rekordowe poziomy w czasach rządów jej deklaratywnie największych przeciwników (Trump pierwszy, Boris Johnson, AUS, HOL). Niezgodność między retoryką a faktami to rezultat nacisków biznesowych.
Przedsiębiorstwa pożądają jak największej liczby tanich pracowników, co wymuszałoby na miejscowej populacji mierzenie się z konsekwencjami przybycia nowych ludzi i powodowało sprzeciw. To kreuje dla polityków motywację, aby drzeć japę, skupiać się na atakowaniu uchodźców i nielegalnych imigrantów, a po cichu wpuszczać do kraju więcej przyjezdnych.
Dodatkowo celowo może być zaniedbywana kwestia kontroli zatrudnienia nielegalnych imigrantów, ponieważ ci są szczególnie użyteczni dla biznesu (nie buntują się, pracują, a zarazem nie oczekują wiele od państwa).
Zwykle stosowana jest więc któraś z następujących taktyk (lub ich kombinacja):
1. Zamykanie pewnych ścieżek wjazdu z równoczesnym uchylaniem drzwi w innym miejscu.
2. Twarda retoryka i wznoszenie eksponowanych barier (np. murów na granicy).
3. Zapobieganie nielegalnemu przekraczaniu granic i blokowanie wjazdu uchodźcom.
Nie można mieć jednocześnie ekonomicznego liberalizmu, otwartej polityki migracyjnej i zaspokajać żądań lokalnych mieszkańców w kwestii opanowania imigracji.
Przemyt ludzi.
Obywatele Zachodu – w przeciwieństwie do mieszkańców Afryki i większości Azji – nie potrzebują wiz wjazdowych do większości innych państw. Państwa na południe od USA są traktowane nieco lepiej, ale nadal potrzebują wizy, aby dostać się do Stanów.
Wzrastająca kontrola granic (np. kontrole paszportowe przed lotem, bariery fizyczne, itp.) coraz bardziej wymuszają na ludziach – również uchodźcach – korzystanie z przemytników. Militaryzacja granic sprawia natomiast, że migranci muszą decydować się na coraz dłuższe i bardziej niebezpieczne trasy oraz opłacanie przemytników.
Migranci czasowi mogli wcześniej wracać do swoich państw pochodzenia z zarobionymi pieniędzmi, aby odwiedzać rodzinę i tam organizować sobie dalsze życie. W wyniku problemów z przekraczaniem granic teraz częściej muszą zostawać bez przerwy na wyjeździe, a później sprowadzać do nowego kraju rodzinę.
Co więcej, umowy o repatriacji nielegalnych imigrantów sprawiły, że coraz większy ich odsetek zaczął ubiegać się o azyl, aby uchronić się przed wydaleniem. Zwiększenie kontroli sprawiło też, że trasy migracji się zdywersyfikowały i rozszerzyły, ponieważ zmniejsza to ryzyko wykrycia.
Przemytnicy nie przymuszają i zwykle nie wykorzystują migrantów. To warunki zewnętrzne (na przykład w krajach pośrednich) i na granicach skłaniają migrantów do korzystania z ich usług.
Prawdziwym zagrożeniem dla przemieszczających się ludzi są raczej handlarze ludźmi, przestępcy i resorty siłowe (pogranicznicy, wojsko, policja), które stosują przemoc, żądają łapówek i okradają migrantów.
Oskarżanie i wskazywanie na przemytników jest wygodnym argumentem dla polityków, ponieważ pozwala im omijać faktyczne przyczyny i milczeć na temat realiów ekonomiczno-biznesowych (zapotrzebowanie na pracowników i interesy kapitału). Ochrona granic stanowi zresztą biznes sam w sobie, podobnie jak deportacje, więc interes się kręci.
Przemyt jest zatem reakcją na uszczelnianie granic i wzmożone kontrole, a nie przyczyną nielegalnej migracji.
Prawica nie wpuszcza obcych?
Wykorzystując dane z DEMIG i przykładając je do rządzących partii na Zachodzie, wychodzi na to, że ich polityki w kwestii migracji niewiele się różniły.

Kontrola granic była zaostrzana, ale legislacja dotycząca pobytów i integracji była liberalizowana – bez względu na to, czy rządziła prawica, lewica czy centrum. Prawica była tylko odrobinę bardziej restrykcyjna w kwestii ułatwiania uzyskania obywatelstwa i azylu.
Kluczowym czynnikiem był zawsze aktualny stan gospodarki: jeśli się rozwijała, to wzrastało zapotrzebowanie na pracowników i zwiększała się imigracja.
Po obu stronach politycznej barykady istnieją wewnętrzne konflikty ideologiczne:
- W obrębie lewicy obrońcami imigracji są zwolennicy humanitaryzmu i praw człowieka, natomiast przeciwnikami są reprezentanci związków zawodowych.
- W przypadku prawicy występuje natomiast spór między lobby biznesowym a kulturowymi konserwatystami.
Można zatem powiedzieć, że w kwestii imigracji nie ma podziału na lewicę i prawicę.
Przybysze jako ratunek na starzenie się społeczeństw.
Imigracja nie jest w stanie „naprawić” problemów ze starzeniem społeczeństw i płodnością, ponieważ wymagałoby to przepływów ludzkich takich rozmiarów, że byłyby one społecznie i politycznie nieakceptowalne.
W przypadku Niemiec utrzymanie aktualnej populacji wymagałoby przyjmowania 324k osób rocznie, utrzymanie liczby pracujących to 458k, a zachowanie proporcji osób pracujących w populacji oznaczałoby aż 3,4m przyjezdnych. Odpowiednikami ostatniej kwestii dla Wielkiej Brytanii byłby strumień miliona ludzi rocznie, dla USA 10,8m, a dla Francji 2,4m. Tak więc utrzymanie populacji i wypełnienie niedoborów pracowników jest może osiągalne, ale nie przeciwdziałanie starzeniu się społeczeństw.
Co więcej, imigranci też się starzeją, a wraz z integracją ich wskaźniki rozrodczości szybko zbliżają się do ludności lokalnej. Początkowo są wiec w stanie wpływać nieco na spadek populacji i niedobory pracowników, ale szybko upodabniają się do miejscowych. Emigrantów jest też zwyczajnie za mało, żeby ich wystarczyło dla wszystkich z niedoborami populacyjnymi i problemem starzenia społeczeństw.
Mitem jest też przekonanie, że demograficzne problemy same z siebie powodują przepływy ludzkie. Ma za to odpowiadać tzw. mechanizm „push-pull”, gdzie starzenie się populacji w kraju docelowym i przyrost liczby ludności w wyjazdowym same wywołują odpowiednią migrację. Tymczasem największa emigracja pochodzi zwykle z państw o średnim i szybko spadającym wskaźniku płodności, ponieważ są to zarazem kraje średniej zamożności (patrz sekcja „przyczyny migracji„).
Przyrost naturalny na całym świecie spada gwałtownie pod wpływem edukacji, emancypacji kobiet i rozwoju gospodarczego. Z tego względu „dostępnych” emigrantów w następnych dekadach będzie najpewniej coraz mniej, a kolejne kraje będą się starzeć i cierpieć na niedobory pracowników. Tania i dostępna siła robocza będzie się zatem kurczyć, a problem starzenia się populacji stanie się globalny i trzeba go będzie rozwiązywać na inne sposoby.
Opinia publiczna.
Najbardziej negatywnie nastawione wobec migracji są zwykle osoby gorzej wykształcone i starsze oraz mieszkańcy mniejszych ośrodków. Do przeciwników zaliczają się też ludzie uważający, że stracili na liberalizacji i globalizacji oraz grupy czujące się ignorowane przez elity polityczne.
Największy sprzeciw budzą nielegalni imigranci, azylanci i nisko wykształceni przybysze. Najlepiej postrzegani są samowystarczalni przyjezdni, którzy płacą podatki oraz imigranci wysoko wykształceni.
Opozycja wobec imigracji jest zwykle skoncentrowana tam, gdzie jest z nią niewielki kontakt i spada wraz z ilością interakcji z przybyszami. Co więcej, im dłuższa historia społeczeństwa z imigracją, tym większa panuje wobec niej akceptacja. (Potencjalnymi wyjątkami mogą być tutaj Francja i Włochy.)
Niechęć jest często szczególnie wysoka w krajach, które mają do czynienia z nagłym napływem uchodźców i nielegalnych przybyszów. Niebezpieczny jest też brak kontaktu z imigrantami w codziennym życiu (izolacja / segregacja) i uporczywa, ksenofobiczna narracja polityczna.
Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że od lat 90-tych w większości państw zachodnich następował stopniowy wzrost poparcia dla imigracji.


Podsumowując, opinia publiczna ma dość zniuansowane spojrzenie na imigrację, choć wpływ na to mogą też wywierać wyjątkowe zdarzenia, takie jak gwałtowny napływ przyjezdnych.
Z mojej perspektywy to właśnie brak wyrazistej opinii oraz naturalna dla ludzi plemienność sprawia, że demagogom tak łatwo jest wpływać na postawy populacji, poprzez manipulowanie narracją. Do niedawna wrogie nastawienie nie rosło, natomiast na pewno nasilił się nacisk kładziony na tę kwestię przez prawicę w celu jej cynicznego rozegrania.
Dodaj komentarz